RSS
poniedziałek, 06 października 2014
.

Bylam tu. Jeszcze.

środa, 08 stycznia 2014
W splątanym gaju snów

A kiedyś w nocy przyśnił mi się młody bóg :-) Pierwsza miłość z piątej klasy podstawówki. Na Andrzejkach przetańczyliśmy z sobą całą noc (no... popołudnie/wieczór), szkoda tylko, że następnego dnia gamoń się nie odzywał! Przyśnił mi się taki śliczny, opalony, uśmiechnięty, na regatach (chyba takie jego zdjęcie widziałam kiedyś na NK).

 




Teraz już wiem, po co są niespełnione miłości. Żeby mieć ładne sny, gdy się wraca do źródeł, nie zawsze krystalicznie czystych. Produkt dodany do mojego Dreamboxa w online shopie... forever.

 


Zbiory z częścią wspólną

Więc jest nas dwie - jedna polska, druga - dajmy na to - międzynarodowa (włoska?). Tęsknimy za sobą na zasadzie przyciągania przeciwieństw, choć o przeciwieństwach nie można tu mówić. To takie - jak na matematyce - dwa zbiory z częścią wspólną. 




Za każdym razem, gdy wracam do swojej polskiej wersji zdumiewam się w zachwycie. W miarę jak zbliżam się do domu rodziców, następuje przemiana postaci. I dziwię się, że w Polsce tylu mądrych, wrażliwych i zmysłowo intelektualnych ludzi. I że tyle blondynek z okrągłymi buziami (na serio, we Włoszech nie ma ich tyle.) Nie chodzi o to, że wątpiłam kiedykolwiek w inteligencję Polaków (zwłąszcza po pięciu latach w Berlusconianiej krainie), tu chyba chodzi o inny język, ironiczne poczucie humoru, szare chmury przez wiąkszość roku, wódkę i kraj rozwijający się. Taka inna perspektywa na wszystko. Taka bardziej moja, bardziej przekonująca i uspokajająca. 

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko sprawka mózgu - hipokamp przyszyty do pewnych wspomnień, miejsc ludzi; ciało migdałowate w ekstazie - każą mi odgrywać role jak w teatrzyku lalek, zmieniać fatałaszki, grać na komendę. Podoba mi się mimo to udawanie, że jest metafizyczny wymiar tego mechanizmu, i że to on jest ważniejszy. 

Intuicyjnie wiem, że gdyby udało mi się połączyć te dwie Mnie na zawsze - wyciągając na wierzch zakurzoną, ukrytą część wspólną - to wyszły by z tego dobre rzeczy. Stałabym się Kimś, przestałabym udawać, że zajmuję miejsce na Ziemi w zastępstwie kogoś innego, że ja tu tylko na chwilę... Nakupiłam polskich książek, znalazłam polskie programy na satelicie. Spróbuję Się połączyć. W najgorszym wypadku podszlifuję sobie język ojczysty i geografię Polski. 

 


Śmierci naszej powszedniej

Kiedy podróżuję, to często myślę o śmierci. Że spadnie samolot i że mogłabym zginąć. Widzę siebie, jak w kadrze dramatycznego filmu. Zmiana lotu... wylatuje Pani wcześniej... a gdyby wyleciała planowo, tym późniejszym, to by jeszcze żyła... Tak jakby ciągłe myślenie o śmierci chroniło mnie przed nią. Taki subtelny zabobon mojej podświadomości.

Dlaczego tak mnie porusza to całe - potencjalne - umieranie? Kto wie, czy życie ''po'' nie jest lepsze. Pewnie ''tam'' spokojniej, duchowiej niż na ziemi.

Ja chyba mam o kogo dbać, chyba ktoś by za mną tęsknił. Pewnie to o to chodzi. 

A teraz już wróciłam do domu, świat znowu przyśpiesza i zapomniałam, że przecież w nocy mogłam umrzeć.

poniedziałek, 24 czerwca 2013
moment szczerosci

No wiec pora przyznac to przed sama soba: zycie jest do dupy, bo ja jestem do dupy; nie potrafie okazywac co czuje; jestem beznadziejna na imprezach i nietowarzyska; zyje marzeniami o tym, kim chcialabym byc; wstydze sie wlasnej matki; nie potrafie dawac i uwazam, ze wszystko mi sie nalezy; nie lubie byc sama, gdy jest mi zle i nie lubie ludzi, gdy wszystko jest ok; nie znosze pustych mieszkan; mam sklonnosci do zdrady (choc nie mam z kim zdradzac); mam popaprane w glowie i ciagle mi zle; niszcze wszystko co dostaje sie w moje rece; 

 

Nie rozumiem wlasciwie, dlaczego jeszcze tu jestem z takim wachlarzem cnot i zalet. Choc w sumie... przynajmniej na siebie zarabiam.

piątek, 14 czerwca 2013
Another Suitcase in Another Hall

Ostatni dzień... płakałam po cichu na wszystkich spotkaniach, starałam się myśleć o rzeczach poważnych i śmiesznych na przemian, cały dzień z wrażeniem pięści zaciskającej się w brzuchu... Sparaliżowana perpektywą pożegnania, unikałam kontaktu i udawałam, że mam ważniejsze rzeczy do zrobienia. Na sam koniec popłakałam się publicznie. Jemu, mimo wcześniejszej deklaracji, że płacze tylko prywatnie, też się wymsknęło. Łzy ciągle kapią mi po policzku, nie potrafię ich powstrzymać...

Niedobrze jest mieć przyjaciół w pracy, bo prędzej czy później odchodzą. Zostaje smutek, wrażenie ciężkości w głowie i link "pożegnalny". No i przyjaciółka, która ma też zostać moją przyjaciółką, jak ogniwo, łączące nas i nasze życia.

Bo do mnie można mówić tylko przez kota albo przez wspólne przyjaciółki. Mówienie wprost o uczuciach mogłoby mnie zabić. 

 

 



sobota, 25 maja 2013
Message

Spotkałam się wczoraj z moją przyjaciółką-byłą szefową-aktualną mentorką w ramach łatania dziury w brzuchu. Przy lampce wina przekazała mi wiadomość, dzięki której zrozumiałam, dzięki czemu nasza relacja przetrwała. Odzyskałam siłę i trzeźwość myślenia. Teraz będzie już tylko lepiej.

wtorek, 21 maja 2013
Z dziurą w brzuchu

Zyje, i to juz jest cos. Czuje sie oszukana i zdradzona. Wiem, ze to tylko moja wyobraznia. Ze ktos przede mna zdecydowal, ze nie chce juz wiecej akceptowac zniewag i gowniarskich przytykow. I wlasciwie mam do niego szacunek dzieki temu. Teraz moja kolej. Jak mam cos do wygrania na tej loterii, to mam zamiar to wygrac. A potem odejde. I bedziemy zyc dlugo i szczesliwie, osobno albo obok siebie przedzieleni szklana szyba. Bedzie mi ciezko zyc z dziura w brzuchu, boli. Jak to pokonam, stane sie kims innym. Jutro rano pobudka przed 6:00, w biegu zgubie smutek, rozczarowanie, bylejakosc. Akceptuje wyzwanie - zgorzknieje albo za pare miesiecy zobaczycie lepsza wersje mnie, opcji posrednich nie przewiduje. 

sobota, 18 maja 2013
Dół emocjonalny i deadline zawoalowanej przyjaźni

Kolejny deadline... nie wiem, jak sobie z tym poradzę. Kto pamięta, że ponad pół roku temu pisałam o zauroczeniu szefem-gejem, zrozumie.

Mam miesiąc czasu, potem już nigdy go nie zobaczę, nie usłyszę, nie zwierzę mu się. Był częścią mnie (a ja - jego) w naszej szalonej pracy. Rozumieliśmy się bez słów, wystarczyło spojrzenie, gest, pół głupawo napisanego maila. On mnie uczył, jak olewać firmowych kretynów, a ja jego cierpliwości i obsługi Excela. Spędziłam z nim więcej czasu w ciągu ostatniego roku niż z moim facetem, 10 godzin dziennie albo i więcej, zastępowaliśmy się gdy było trzeba - bez proszenia, delegowania, tłumaczenia. Nigdy mnie nie obsmarował przed naszym wspólnym szefem, stawiał wyzwania, ale nie kompromitował, bronił i nie pozwalał skrzywdzić, uczył samoobrony. Po pierwszej kłótni znienawidziłam go, potem nauczyłam się odbijać złośliwe komentarze na tyle dobrze, że w czwartek na zebraniu usłyszałam: Ho creato il mostro (Stworzyłem potwora)...

Nie wiem, czy bez niego będę potrafiła prawidłowo funcjonować. A teraz każę mi go jeszcze zastąpić,ale jego nie da się zastąpić...

Od wczoraj łzy kapią mi po policzku, a deszcz za oknem wcale nie pomaga. Jestem do niczego, czuję się samotna i nikomu nie mogę o tym opowiedzieć (nawet w pracy kazali dotrzymać tajemnicy). 

Dlaczego życie okazuje się do dupy w momencie, gdy wszystko wydaje się nareszcie cudowne?!

Będę potrzebowała dużo wina, imprezy i polskich bab, nawet tych, które do przedwoczoraj wydawały mi się głupie i aroganckie. A co tam, do upicia się dobre i takie towarzystwo. 

wtorek, 30 kwietnia 2013
Konfrontacja

Pięciodniowa konfrontacja z własną matką to jednak wyzwanie. Dążenie-unikanie bez hamulców. Przykro mi z tego powodu, ale nie potrafię z nią długo wytrzymać. Coraz bardziej przypomina mi babcię z późnego dzieciństwa, coraz bardziej uświadamiam sobie, że jakby co, to na nią nie mogę liczyć. Nie żeby nie chciała mi pomóc, wręcz przeciwnie, ale nie zrozumiałaby mnie nawet w jednym procencie, zabiłaby mnie swoimi dziwacznymi przekonaniami i zawziętą nadopiekuńczością. To dziwne, ale od zawsze pamiętam to uczucie, jakbyśmy były dwiema odrębnymi i zupełnie różnymi istotami, bez połączenia. I choć podobne w rysach twarzy, w posturze i w sposobie unoszenia ramion, jesteśmy odlległe jak planety z dwóch różnych galaktyk. 

Jeden krok do przodu, przybliżamy się do siebie, a potem nie wytrzymuję i robimy podwójny krok w tył... i tak codziennie. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14